W „Gladiatorze” Ridleya Scotta, Kommodus, syn Marka Aureliusza, to tyran i archetypiczny parweniusz władzy, który z ojcowskiego tronu filozofów czyni arenę dla swoich narcystycznych igrzysk. Oto cesarz, co zamiast stoickiej cnoty Aureliusza, woli lustra pałacowe i sztylety intryg: mściwy jak skorpion, próżny jak pawi ogon, a kompetencje jego, jak rzymski akwedukt z kartonu, wyglądają imponująco, dopóki nie nadejdzie pierwsza ulewa krytyki. Kommodus zabija ojca, by panować; nie z wizji imperium, lecz z lęku przed cieniem, który rzuca każdy, kto ośmieli się kwestionować jego boski autoportret. A teraz spójrzmy na Goleniów, rok 2025: burmistrz Krzysztof Sypień, ten lokalny Kommodus w garniturze z second-handu, replikuje ten scenariusz z precyzją, która budzi podziw, gdyby nie fakt, że gra to na koszt podatników.

Podobnie jak Kommodus, co z tronu Rzymu czynił prywatny teatr swoich kaprysów, Sypień zamienił ratusz w Goleniowie na scenę solowych monologów. Weźmy jego „wideo-komentarze”, te patetyczne oracje, gdzie zamiast dialogu serwuje wykłady ex cathedra, jakby był nie burmistrzem, lecz dyktatorem z TikToka. Radni, nieszczęsny odpowiednik senatu, wzywają go do „powrotu na ścieżkę konstruktywnego dialogu”, jakże to eufemistycznie brzmi! To błaganie o resztki demokracji, bo Sypień, jak Kommodus, nie toleruje rywali. Nie szuka też kompromisu; on szuka winnych.
Zamiast sztyletu pod zbroją – wniosek do prokuratury na radnego za rzekomo błędne oświadczenie majątkowe. Klasyczny cios w plecy: gdy nie możesz wygrać w radzie, idź do cezara wyższego szczebla. To nie obowiązek obywatelski; to vendetta małego człowieka, który raz dostał władzę i teraz wierzy, że należy mu się absolutna. Odwołuje skarbników w chaosie, mianuje wiceburmistrzów bez doświadczenia, gdy media pytają o publiczne pieniądze, wydawane na prywatny portal, on nie odpowiada, on kontratakuje, jak cesarz sztyletem w plecy. A gdy lud zaczyna szemrać, Sypień, wierny strategii Kommodusa, rzuca igrzyska: Festiwal Hanzeatycki, barwny spektakl namiotów i kiełbasek, by zagłuszyć smród biogazowni i dziury w ulicach.
Wszystko na pokaz, bo prawdziwa władza wymagałaby pokory: przyznania, że po roku rządów brak wotum zaufania to nie spisek, tylko diagnoza.
Lecz najgłębsza rana tej analogii tli się w kompleksach, które napędzają obydwu. Kommodus drży przed cieniem ojca-filozofa; Sypień drży przed każdym, kto obnaża jego niewiedzę. Każdy radny, każdy mieszkaniec, który pyta o fakty, o koszty, o konkretne decyzje, staje się wrogiem. I wtedy Sypień: robi kontrole, ośmiesza przy pomocy swoich trolli (którzy jak w kampanii, serwują karykatury, memy, szyderstwa). Działania Sypienia nie motywuje wizja miasta, lecz lęk przed lustrem, w którym widzi nie cesarza, lecz chłopca z kompleksami, który nigdy nie dorósł do roli.
Ale prawdziwy geniusz tej paraleli leży w patologii sukcesji: Marek Aureliusz marzył o mądrym następcy, lecz spłodził potwora, co imperium utopił w krwi i chciwości. Sypień, wygrany w 2024 z obietnicami „zjednoczonej społeczności” i „ścieżek dobrego rozwoju”, replikuje ten błąd na skalę gminną, nie zabija braci mieczem, lecz dusi ich biurokratyczną inercją. Mieszkańcy Goleniowa, ci gladiatorzy codzienności, oczekują „odpowiedzialności i dojrzałości”, lecz dostają Kommodusa w wersji light: mściwego na sesjach, próżnego w mediach, niekompetentnego w logistyce.
W Rzymie cesarz zginął od ręki gladiatora; w Goleniowie, Sypień może paść od… własnej pychy, gdy radni i mieszkańcy wezmą arenę w swoje ręce.
Kommodus w finale myśli, że oszukał los – wchodzi na arenę z nożem w rękawie. Sypień też myśli, że oszuka system: trwa mimo braku absolutorium, nagrywa kolejne filmiki, czeka na aplauz. Tyle że w demokracji samorządowej nie ma Maximusa z mieczem; jest tylko zmęczenie mieszkańców, rosnące rachunki za podatki i śmieci (bo system się nie bilansuje), stojące inwestycje i gmina podzielona na „moich” i „wrogów ludu”.
Historia nie kłamie: Kommodus upadł, bo zapomniał, że tron to nie tron, to służebność.
Sypień, otrząśnij się z tej togowej iluzji, zanim Goleniów stanie się twoim Koloseum hańby. Albo lepiej: zrób miejsce dla kogoś, kto czyta Marka Aureliusza, a nie tylko pozuje do selfies z jego „Medytacjami” w tle. Bo tron burmistrza to nie purpura cesarska. To służba. A kto jej nie rozumie – zostaje tylko błaznem w garniturze, który myślał, że wygrał imperium, a dostał jedynie prowincjonalną arenę pełną pustych krzeseł.
Wkrótce ujawnię pełne detale dotyczące sposobu zarządzania gminą przez burmistrza Krzysztofa Sypienia. To nie będą kolejne plotki z korytarza urzędu – to będą fakty.
Cisza przed burzą właśnie się kończy.
Nadchodzi czas prawdy.
