Ostatni wieczór Grzegorza
W nocy z 29 na 30 sierpnia 1986 roku w Goleniowie nic się nie działo. Żadnych manifestacji, żadnego stanu wojennego (formalnie zniesiono go dużo wcześniej), żadnej „kontrrewolucji”. Po prostu sobotni wieczór. Młodzież wraca do domów, wakacje się kończą. Grzegorz Luks, dziewiętnastoletni chłopak, wesoły, trochę nieśmiały, z dobrego domu, idzie przez miasto. Ma na sobie zwykłą koszulę, dżinsy i marzenia – chce pracować, chce dalej się uczyć, chce żyć normalnie.
Zatrzymuje go patrol milicji obywatelskiej. Bez powodu. Bo mogli. Bo mieli pałki, kajdanki i świadomość całkowitej bezkarności. Grzegorza skuwa się „na zakładkę” – ręce z tyłu, kajdanki zaciśnięte tak mocno, że zaraz pękną kości nadgarstków. Wrzuca się go do „suki” i wiezie na komisariat. Tam zaczyna się to, co w języku władzy ludowej nazywano „rozmową wychowawczą”.
„Rozmowa wychowawcza” — milicyjny eufemizm tortur
Milicjant Andrzej Serej – funkcjonariusz o twarzy wiecznie znudzonej i pięściach wiecznie gotowych – kopie skutego chłopaka w brzuch. Raz, drugi, dziesiąty. Kolejni dwaj „koledzy po fachu” patrzą. Nie interweniują. Bo po co? To tylko jakiś gówniarz. W końcu Grzegorz traci przytomność. Wypluwa krew. Leży na betonie. Prokuratura natychmiast wie, co się stało: upadek po spożyciu alkoholu. Matka Grzegorza słyszy: syn pijany był, sam się poturbował. Lekarze w szpitalu w Goleniowie dostają telefon „z góry”: nie operować zbyt szybko, nie pytać.
Przenoszą go do Szczecina. Tam walczy o życie 138 dni. Pęknięta śledziona, zmiażdżona wątroba, krwiaki w jamie brzusznej.
Umiera 14 stycznia 1987 roku o godzinie 6:15 rano. Miał dziewiętnaście lat i trzy miesiące.
- Data zatrzymania: 29/30 sierpnia 1986, Goleniów
- Jednostka interweniująca: patrol MO (Milicja Obywatelska)
- Stan po zatrzymaniu: ciężkie obrażenia narządów wewnętrznych
- Czas hospitalizacji: 138 dni — Goleniów → Szczecin
- Data zgonu: 14 stycznia 1987, 06:15
- Decyzja prokuratury: „Upadek po spożyciu alkoholu” (pierwotna wersja)
- Wyrok: 2 lata pozbawienia wolności — kara niewykonana
- Status sprawy: uznany za ofiarę represji PRL
To nie była pomyłka — to był system
To nie była „tragiczna pomyłka”. To był system w najczystszej postaci.
System, w którym funkcjonariusz mógł zabić człowieka kopniakami, a potem spokojnie iść na obiad do domu.
System, w którym prokurator pisał: zmarł śmiercią naturalną, choć ciało było sine od krwiaków.
System, w którym matka musiała błagać o wydanie zwłok syna, bo trzeba jeszcze sprawdzić, czy nie był agentem CIA.
System, w którym sąsiad donosił na sąsiada, a milicjant bił, bo „taki miał nastrój”.

Wyrok, którego nigdy nie było
W 1991 roku, gdy Polska już była niby wolna, Andrzej Serej dostaje dwa lata. Nigdy nie odbył kary, bo się nie stawił do jej odbycia. Nigdy nie przeprosił.
Jeden ze świadków – milicjant, który stał i patrzył – do emerytury pracował w tej samej komendzie, już jako „policjant III RP”. Drugi awansował.
I to jest prawdziwe Scandalum Magnatum tej historii: że komunistyczna milicja była instytucją zaprojektowaną do terroru, do upokarzania, do zabijania „dla przykładu”. Grzegorz Luks nie był działaczem Solidarności. Nie miał w kieszeni bibuły. Nie krzyczał: precz z komuną! Był po prostu młody i wolny wewnętrznie – a to już wystarczyło, by system uznał go za zagrożenie.
Został uznany jedną z ofiar stanu wojennego – choć formalnie zmarł „po stanie”. Bo data jest tu bez znaczenia. System nie potrzebował stanu wojennego, by zabijać. Potrzebował tylko ciemnego komisariatu i trzech mężczyzn w mundurach, którzy wiedzieli, że nikt ich nigdy nie rozliczy.
Grzegorz Luks jest symbolem najgorszego rodzaju ofiary: tej nieheroicznej, cichej, przypadkowej. Zginął nie za sztandar, nie na barykadzie, ale dlatego, że jakiś funkcjonariusz chciał sobie „podreperować statystyki” albo po prostu wyładować frustrację po wódce.
I dopóki w Polsce będą ludzie, którzy mówią: nie było tak źle, przecież mieliśmy pełne lodówki, to tylko pojedyncze przypadki – dopóty Grzegorz będzie umierał po raz drugi.
Bo pamięć o nim to nie sentyment. To akt oskarżenia.
Oskarżenia przeciwko państwu, które wychowało pokolenie katów w mundurach.
Przeciwko społeczeństwu, które przez lata milczało, bo lepiej się nie wychylać.
Przeciwko systemowi, który nie runął w 1989 roku, tylko przebrał się w garnitury i dalej żyje w głowach tych, którzy uważają, że „pała w ręku władzy to rzecz naturalna”.
Ten system nie był „błędem historii”. To był precyzyjnie skonstruowany mechanizm eksterminacji duszy narodu, działający na kilku poziomach jednocześnie.
Na górze – partia, która wiedziała, że nie da się rządzić krajem siłą czołgów w nieskończoność, więc zbudowała coś o wiele bardziej wyrafinowanego: państwo milicyjne udające państwo opiekuńcze. W tym państwie milicja nie była „organem porządku publicznego”. Była przedłużeniem partyjnego ramienia – karzącą pięścią, która biła nie za przestępstwo, lecz za sam fakt istnienia poza kontrolą.
W środku – tysiące Andrzejów Serejów. Ludzi przeciętnych, czasem nawet „sympatycznych w cywilu”, którzy w mundurze zamieniali się w bestie, bo system dawał im absolutną władzę nad życiem i śmiercią „zwykłego obywatela”. Nie musieli być fanatykami. Wystarczyło, że byli leniami, frustratami, alkoholikami albo po prostu tchórzami – system i tak zrobił z nich katów. Dawał im alibi: wykonywałem rozkazy, taka była procedura, to tylko jakiś gówniarz.
Na dole – my. Społeczeństwo wychowane w strachu tak głębokim, że stał się powietrzem. Matka, która nie śmie powiedzieć głośno, że syna zamordowali. Sąsiad, który odwraca wzrok, bo „lepiej nie wiedzieć”. Lekarz, który podpisuje się pod kłamstwem, bo ma rodzinę na utrzymaniu. Wszyscy wiedzieli. Nikt nie mówił. To był prawdziwy geniusz tego systemu: nie musiał zabijać milionów – wystarczyło zabić kilku i zastraszyć resztę.
System, który nie runął — tylko zmienił kostium
Grzegorz Luks jest dowodem ostatecznym, że komunizm w Polsce nie upadł w 1989 roku tylko dlatego, że przestał strzelać na ulicach. On przestał strzelać, bo już nie musiał.
I dlatego śmierć Grzegorza jest tak ważna dzisiaj – w 2025 roku, kiedy słyszymy, jak niektórzy politycy, dziennikarze, emeryci SB mówią: za komuny było lepiej, porządek był, milicja dbała o bezpieczeństwo.
Nie. Milicja dbała o to, żeby dziewiętnastolatek umierał przez 138 dni w męczarniach. Nie. Porządek był wtedy, kiedy trzech dorosłych mężczyzn kopało skutego chłopaka po brzuchu, a potem poszli na piwo.
Nie. Bezpieczeństwo było wtedy, kiedy matka nie mogła pochować syna, bo trzeba jeszcze sprawdzić, czy nie był prowokatorem.
System, który zabił Grzegorza Luksa, nie zniknął całkowicie. Przeżył w mentalności ludzi, którzy uważają, że państwo może bić, może kłamać, może zabijać – byle „dla wyższego celu”.
Przeżył w instytucjach, które nigdy nie zrobiły lustracji.
Dopóki nie nazwiemy tego po imieniu – zbrodniczym, totalitarnym, ludobójczym systemem – dopóty Grzegorz będzie umierał po raz trzeci, czwarty, tysięczny.
Epilog
Niech jego imię będzie kamieniem, który wrzucamy w spokojną taflę wody kłamstwa.
Niech jego śmierć będzie ostatnim gwoździem do trumny tych, którzy mówią, że nie było tak źle.
Było gorzej.
Było piekło i nazywało się Polska Rzeczpospolita Ludowa.
Cześć Twojej pamięci, Grzegorzu.
I wieczna hańba tym, którzy Cię zabili – i tym, którzy do dziś ich bronią.
Znaliśmy się z Grzegorzem, dlatego ten tekst jest dla mnie jak stare zdjęcie ze szkoły.
Patrzę i czuję, że to mogłem być ja – albo Ty.
